307
314
312
Zbigniew Przybyszewski
Zbigniew Przybyszewski

Zbigniew Przybyszewski (ur. 22 września 1907, zm. 16 grudnia 1952) – polski ko­man­dor porucznik oraz żeglarz. W 1939 dowodził baterią nr 31 – cyplową (od 1937 roku zwaną Baterią im. Heliodora Las­kow­skie­go w dywizjonie artylerii nad­brzeż­nej), po II wojnie światowej był dowódcą 31 Dywizjonu Artylerii Nadbrzeżnej i sze­fem Służby Artylerii Marynarki Wojennej. Został skazany na karę śmierci i roz­strze­la­ny przez komunistów pod fałszywym za­rzu­tem działalności szpiegowskiej, nas­tęp­nie zrehabilitowany.

Urodził się 22 września 1907 r. w majątku ziemskim Giżewo pod Kruszwicą, jako ósme (z dziewięciu) dziecko Józefa i Heleny Przybyszewskich. Zgodnie z praktyką przyjętą w wielu rodzinach ziemiańskich, wiedzę z zakresu szkoły powszechnej przekazywała mu zatrudniona przez rodziców guwernantka. Później uczęszczał do gimnazjum. Gdy po maturze przyszła pora na wybór zawodu Zbigniew nie wahał się. Od dzieciństwa pociągała go żegluga. Pływając łódką po leżącym w pobliżu rodzinnego domu Gople marzył o wyprawach morskich. Zrazu zamysł ten nie spodobał się ojcu. Rzeczowy, uporządkowany „pater familias” chciał dla syna bardziej ustabilizowanej przyszłości. Gdy jednak spostrzegł, że przekonywanie nie przynosi zamierzonych efektów, zgodził się na morską karierę syna, ale tylko w marynarce wojennej.

Nie łatwo było dostać się do trzyletniej Oficerskiej Szkoły Marynarki Wojennej w Toruniu. Kandydatów na wilków morskich było w kraju wielu, miejsc w szkole, w 1927 r., zaledwie 28. Tych, którzy pomyślnie przeszli egzaminy z matematyki, fizyki, chemii i języka francuskiego czekał sprawdzian charakteru: dwa miesiące intensywnego szkolenia rekruckiego, kurs teoretyczny oraz próba na morzu. Dwumiesięczny okres spędzony na okręcie, zaplanowany był tak, by kandydat poznał służbę w różnych działach okrętu oraz sprawdził reakcję organizmu na oddziaływanie żywiołów morskich. Przypominało to szkolenia współczesnych amerykańskich marines, podczas których łamie się dobre mniemanie o sobie rekruta, by na jego gruzach zbudować nowy, silniejszy charakter. Nic dziwnego, że kto pomyślnie przeszedł tę próbę, rozpoczynał naukę jako inny człowiek, pewny swoich sił i możliwości.

Latem 1930 r. rocznik Przybyszewskiego przypiął dystynkcje oficerskie. Młodzi podporucznicy rozpoczęli cykl obowiązkowych kursów specjalistycznych. Dopiero po ich ukończeniu objęli pierwsze stanowiska na okrętach wojennych. Ppor. Zbigniew Przybyszewski został oficerem wachtowym na torpedowcu ORP „Krakowiak”. W 1933 r. był już zastępcą dowódcy okrętu. Po krótkim epizodzie pracy szkoleniowej w Ośrodku Morskim przeszedł ponad półroczny Kurs Oficerów Artylerii Morskiej. Bardzo dobra ocena, jaką uzyskał na jego zakończenie świadczy, że specjalność ta przypadła mu do gustu. Następne lata to udział w szkoleniach oraz służba na kolejnych okrętach: podwodnym ORP Wilk, artyleryjskim ORP „Mazur”, a w końcu na nowoczesnych kontrtorpedowcach ORP „Burza” i ORP „Błyskawica”. Z tym pierwszym zdobył mistrzostwo floty w strzelaniu artyleryjskim.

W 1937 r. stanął na ślubnym kobiercu z Heleną Poważe, siostrą kolegi ze szkoły oficerskiej. Świeżo upieczona pani Przybyszewska zrobiła dobrą partię. Nie dość, że mąż był przystojny, odpowiedzialny i opiekuńczy, to jeszcze do tego „nie palił, nie grał w karty, a pił przy okazji, by dostroić się do atmosfery otoczenia” – jak po latach charakteryzował go kolega ze szkoły.

Plany obrony polskiego wybrzeża zakładały, że bazą marynarki wojennej w przypadku wojny stanie się Hel. Miały go bronić stałe baterie artylerii nadbrzeżnej. Niestety, niezwykle potrzebne nowoczesne działa średnie, udało się kupić i zamontować dopiero pod koniec lat 30-tych. Dowództwo floty doceniało ogromne znaczenie tego posterunku dla obrony polskiego wybrzeża. Gdy po śmierci organizatora baterii kmdr. ppor. Heliodora Laskowskiego wynikneła kwestia wyznaczenia nowego dowódcy, wybrano jednego z najlepszych – kpt. Zbigniewa Przybyszewskiego.

W październiku 1938 r. nowy dowódca z właściwym sobie zapałem przystąpił do pracy organizacyjno-szkoleniowej, przygotowując powierzony sobie sprzęt i ludzi do wojny.

Ta nadeszła 1 września 1939 r.

Pierwsze dwa dni wojny wypełniła żołnierzom baterii ochrona armat przed niemieckimi nalotami. Do pojedynku z morskimi jednostkami nie­przy­ja­cie­la doszło dopiero 3 września, gdy ośmielone meldunkami rozpoznania lotniczego, donoszącymi o zniszczeniu najsilniejszej polskiej baterii brze­go­wej, dowództwo niemieckie wysłało na rekonesans dwa niszczyciele typu „Leberecht Maass”. Wystarczyła krótka wymiana ognia zakończona uszkodzeniem jednego z niemieckich kontrtorpedowców, by okręty prze­ciw­ni­ka skryte za zasłoną dymną wycofały się. W boju tym udział wzięli także artylerzyści z przycumowanych w porcie OORP „Wicher” i ORP „Gryf”.

Wkrótce samoloty wroga zniszczyły obie jednostki pływające i bateria Przybyszewskiego pozostała jedynym skutecznym orężem do walki z siłami morskimi wroga. Zachowanie przez nią pełnej gotowości bojowej do ostatnich chwil obrony Helu było niewątpliwie zasługą dowódcy. Potrafił on własnym przykładem i słowami zachęty utrzymać wśród żołnierzy wiarę we własne siły oraz zapał do walki. Często powtarzał: „musimy walczyć tak, żeby nasze pokolenie wiedziało, że my nie poddamy się, że walczyliśmy do końca, a jak zginiemy, to za naszą Ojczyznę, tak jak przysięgaliśmy bronić jej aż do śmierci”.

Niestety, czas uciekał nieubłaganie przynosząc wiadomości o kolejnych niepowodzeniach armii polskiej w centrum kraju. 28 września skapitulowała Warszawa, 29. Modlin. Stawiało to sens dalszego oporu osamotnionego garnizonu helskiego pod znakiem zapytania. Kurczyły się zapasy amunicji. W tej sytuacji Dowództwo Floty postanowiło poddać półwysep.

Kapitan Przybyszewski należał do tych oficerów, którzy nie chcieli słyszeć o złożeniu broni. Pragnął kontynuować walkę do ostatniego pocisku, do ostatniej kropli krwi… Przeważyła jednak troska o los cywilów oraz poczucie karności żołnierskiej. Dowódca XXXI baterii rozpoczął więc przygotowania do kapitulacji. Niszczono co się dało. Pociski oraz drobniejsze elementy armat topiono w morzu. Bałtyckim falom kapitan powierzył także swój kord, symbol honoru oficera marynarki. Wrzucił go demonstracyjnie do wody na oczach zaskoczonych Niemców.

Nie ma nic bardziej deprymującego dla oficera niż czas spędzony w niewoli. Także kpt. Przybyszewski źle znosił pobyt w obozach jenieckich. Przecież całe dorosłe życie poświęcił na przygotowanie się do wojny, a gdy ta nadeszła on siedział bezczynnie! Do tego dochodził niepokój o pozostawioną w Polsce żonę i malutką córeczkę. „Danusię wychowuj stanowczo i religijnie, ale łagodniej niż ja” – pisał pełen troski w jednym z pierwszych listów do małżonki. Niemal przez cały okres pobytu w oflagu Woldenberg prosił ją (zresztą nieskutecznie) by nie przesyłała mu paczek. Nie mógł znieść myśli, że zamiast podporą rodziny mógłby stać się ciężarem dla najbliższych.

Przymusowe spowolnienie tempa życia sprzyjało refleksji. W jednym z listów do domu wspominając okoliczności, w jakich 25 września został ranny, wyznał żonie, iż ocalenie przypisuje swej mocnej wierze. „Wierzę, że jedynie dzięki temu zostałem tylko lekko ranny, pomimo tak dużej ilości bomb i pocisków, które spadły na moją baterię”. Jak podkreślił, przypadków cudownego ocalenia życia we wrześniu 1939 r. mógłby wymienić kilka.

Na terenie obozu brał udział w działalności oświatowej. Uczył się języków, dużo czytał, w ramach tajnych kursów dzielił się swoją wiedzą artyleryjską z innymi oficerami. Należał także do konspiracji obozowej. Niestety próby przygotowania ucieczki nie powiodły się. Dopiero zagarnięcie jeńców przez wojska sowieckie dały mu możliwość powrotu do kraju.

Teraz stanął przed nim problem co robić dalej. Nowa władza udająca przed opinią światową otwartość na wszystkich Polaków, kusiła przedwojennych marynarzy perspektywą powrotu do służby na morzu. W sierpniu 1945 r. do ludowej Marynarki Wojennej został wcielony także Zbigniew Przybyszewski. Awansowany do stopnia komandora podporucznika szkolił nowe kadry i organizował 31 Dywizjon Artylerii Nadbrzeżnej. Potem objął obowiązki sztabowe. Nigdy nie zabiegał o względy nowej władzy. Wielokrotnie składane mu propozycje wstąpienia do PPR zdecydowanie odrzucał. Nie krył się ze swoją głęboką wiarą i nie zaprzestał noszenia na szyi medalika. Co więcej, pewnego dnia ostentacyjnie przyprowadził ze sobą do oksywskiego kościoła na Mszę św. oddział ok. 100 marynarzy. Nie trzeba chyba dodawać, że komunistyczne władze wojskowe dokładały wszelkich starań, by we wnętrzu świątyni nie pojawiały się osoby w mundurach wojskowych.

Mimo to władza ludowa przez pewien czas doceniała fachowość i oddanie służbie starego artylerzysty. Awans na wyższy stopień, przyznanie kolejnych odznaczeń nie zapowiadały tego co miało się stać udziałem Przybyszewskiego i innych wyższych oficerów na początku lat 50-tych.

Pierwsze aresztowania wśród oficerów marynarki rozpoczęły się pod koniec lat 40-tych. Potem lista uwięzionych wydłużała się. Kmdr por. Przybyszewski przeczuwał zbliżające się niebezpieczeństwo i planował opuszczenie szeregów wojska. Wezwany do sztabu w Warszawie we wrześniu 1950 r. został aresztowany i osadzony w więzieniu. Poddany presji, przesłuchiwany, nie dał się złamać. W wyreżyserowanym przewodzie sądowym został skazany wraz z kilkoma innymi komandorami na karę śmierci pod zarzutem zorganizowania antypaństwowego spisku w wojsku.

W przeciwieństwie do niektórych kolegów nie prosił Bieruta o ułaskawienie. 16 grudnia 1952 r. został zastrzelony, a potem pochowany w nieznanym miejscu.

Choć w 1956 r. władze komunistyczne rehabilitowały zamordowanych komandorów, nie tylko nie wskazano ich rodzinom miejsca pochówku, ale także blokowano próby upamiętnienia okoliczności śmierci. Komunistyczni mordercy nigdy nie stanęli przed polskim niezawisłym sądem i nie zostali ukarani za swoje zbrodnie!


Zaloguj się, by mieć dostęp do większej ilości opcji.
Użytkownicy on-line: